Wtargnięcie uzbrojonego napastnika do firmy, urzędu lub szpitala. Jak papierowe procedury mają się do brutalnej rzeczywistości?

Jako były funkcjonariusz Centralnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji „BOA", wielokrotnie powtarzam na szkoleniach i audytach jedną brutalną prawdę:
kiedy padają pierwsze strzały, kiedy w korytarzu rozlegają się krzyki, nikt nie czyta instrukcji bezpieczeństwa.
Zarówno urzędy, szpitale, jak i wielki biznes podlegają dziś rygorystycznym przepisom. Dyrektywa CER nakłada na wybrane sektory obowiązek budowania twardej, fizycznej infrastruktury bezpieczeństwa. Firmy inwestują miliony w systemy kontroli dostępu, wyliczają parametry przetrwania biznesu (MTPD) w Planach Ciągłości Działania i szkolą się z cyberbezpieczeństwa.
Jednak ataki z użyciem niebezpiecznego narzędzia czy sytuacje typu Active Shooter brutalnie weryfikują to „papierowe" przygotowanie. Co z tego, że Twój biznes lub urząd ma najnowocześniejsze systemy IT, jeśli w obliczu fizycznego ataku zawiedzie najsłabsze ogniwo – nieprzygotowany na ekstremalny stres człowiek?
1. Zrozumieć „zamarznięcie" i biologię strachu
Największym wrogiem w sytuacji ataku nie jest brak procedur, ale nasza własna biologia. Kiedy człowiek staje w obliczu nagłego, śmiertelnego zagrożenia, jego układ nerwowy przejmuje kontrolę nad racjonalnym myśleniem.
Większość z nas słyszała o reakcji „walcz lub uciekaj" (fight or flight). Zapomina się jednak o trzeciej, najczęstszej w pierwszych sekundach ataku reakcji – zjawisku „zamarznięcia" (ang. freeze). To ewolucyjny mechanizm, który całkowicie paraliżuje ofiarę, uniemożliwiając jej podjęcie jakiegokolwiek działania ratującego życie. Towarzyszy temu często widzenie tunelowe i wykluczenie słuchowe – pracownicy mogą nie słyszeć krzyków ani nie widzieć dróg ewakuacyjnych.
Dlatego standardowe szkolenia w firmach i placówkach, ograniczające się do podpisania listy obecności u specjalisty BHP, to fikcja. Konieczne są praktyczne symulacje i fizyczne ćwiczenia procedury „azylu" (tzw. lockdown drills). Tylko wyćwiczone w czasie pokoju odruchy i budowa pamięci mięśniowej pozwalają przełamać paraliż i podjąć automatyczne, poprawne działanie.
2. „Run-Hide-Fight" czy proaktywne „Avoid-Deny-Defend"?
Światowe standardy bezpieczeństwa od lat ewoluują. Przez długi czas absolutnym kanonem w szkoleniach była propagowana m.in. przez amerykańskie FBI zasada „Run, Hide, Fight". Zakłada ona sekwencyjne działanie: uciekaj, jeśli możesz; schowaj się, jeśli ucieczka jest odcięta; a walcz tylko w ostateczności.
Dziś w środowisku eksperckim coraz częściej promuje się nowocześniejszy, proaktywny model „Avoid, Deny, Defend" (ADD). Dlaczego? Słowo „Hide" sugeruje bierne wtulenie się w kąt i czekanie, co potęguje poczucie bezradności. Z kolei element „Deny" narzuca pracownikowi świadomą, aktywną obronę – natychmiastowe budowanie fizycznych barykad, blokowanie drzwi ciężkimi szafami czy biurkami. Działanie to nie tylko utrudnia wejście napastnikowi, ale też daje ludziom poczucie kontroli i sprawczości, co jest kluczowe dla zapanowania nad strachem.
3. Pułapka systemu PPOŻ. Kiedy alarm staje się wyrokiem
Kolejną potężną luką w systemach bezpieczeństwa jest ignorowanie przebiegłości sprawców. Jednym z najczęstszych błędów jest ślepe podążanie za dźwiękiem alarmu przeciwpożarowego.
W historii masowych ataków sprawcy wielokrotnie celowo uruchamiali systemy PPOŻ. Ich cel? Wywabienie ludzi z bezpiecznych pomieszczeń prosto na korytarze i klatki schodowe, tworząc tzw. lejki taktyczne, prosto pod lufę broni.
Jeżeli jesteś w swoim biurze, słyszysz nietypowe huki lub krzyki, a nagle włącza się alarm pożarowy – musisz natychmiast uruchomić świadomość sytuacyjną. Zarządcy obiektów muszą posiadać twarde procedury komunikacji kryzysowej, pozwalające na błyskawiczne odwołanie ewakuacji PPOŻ i wydanie komendy do natychmiastowego lockdownu obiektu.
4. Medycyna pola walki (TECC) w sali konferencyjnej i na SOR
Kiedy na miejsce przyjeżdżają siły policyjne, ich absolutnym priorytetem jest neutralizacja sprawcy. Zanim ratownicy medyczni będą mogli wejść do tzw. „ciepłej strefy", upłyną długie minuty. W tym czasie ranni są zdani wyłącznie na współpracowników.
Tradycyjne zasady pierwszej pomocy są w takich warunkach całkowicie nieskuteczne. Tu wkracza medycyna taktyczna oparta o wytyczne TECC (Tactical Emergency Casualty Care). Zgodnie z ratowniczym protokołem MARCH, główną, możliwą do uniknięcia przyczyną zgonów są masywne krwotoki z kończyn. Człowiek z przeciętą tętnicą udową może wykrwawić się w niespełna trzy minuty. Zwykły bandaż z firmowej apteczki BHP na nic się tu nie zdadzą.
Dlatego nowoczesne organizacje powinny inwestować w specjalistyczne zestawy krwotoczne wyposażone w certyfikowane stazy taktyczne oraz opatrunki hemostatyczne. Znowelizowany rządowy Program Ochrony Ludności wprost przewiduje potężne środki na szkolenie i doposażenie cywilnego personelu w zakres medycyny pola walki.
Podsumowanie
Przetrwanie w warunkach ekstremalnego kryzysu to nie kwestia najdroższych kamer czy pięknie oprawionych Planów Ciągłości Działania. To kwestia fizycznej odporności, wytrenowanej pamięci mięśniowej personelu i zdolności zarządczej do zapanowania nad ludzkim strachem. System bezpieczeństwa pęka zawsze tam, gdzie papierowa teoria zderza się z ludzką paniką.